30.12.2012

Jak osiągam swoje cele?

Sylwester to czas podsumowań, nowych postanowień itd. Nie dla mnie. :) Nigdy w życiu nic sobie nie postanowiłam na sylwestra. Więc dlaczego piszę tego posta właśnie w tym okresie? Bo czytam, że brakuje Wam motywacji, że nie wiecie jak zacząć. Bo i tak prędzej czy później bym napisała taki post. Bo chcę się z Wami podzielić moją filozofią życia i albo przekonać Was do niej albo... dać się przekonać do Waszej. Tak więc w komentarzach wyciągajcie działa z najcięższymi argumentami, jeśli uważacie, że jestem w błędzie! Chętnie poczytam :)

Zatytułowałam ten post "Jak osiągam swoje cele?", bo nie czuję się na tyle kompetentna, żeby generalizować i tworzyć uniwersalne recepty. Nawet więcej, nie wierzę, że takie recepty w ogóle mają szanse działać. Nie jestem psychologiem i nie znam się wystarczająco na ludziach, żeby im mówić, co mają robić (a czy w ogóle ktokolwiek się zna?). Nie jestem też "mistrzem w swojej kategorii", bo nawaliłam milion razy. Ale czy to powoduje, że nie umiem osiągać swoich celów? Moim zdaniem nie. To tylko motywuje mnie do cięższej pracy następnym razem.


1. Rozpoznanie przeciwnika.

Wydaje mi się, że częstym problemem ludzi, którzy mówią, że coś im się nie udaje, jest brak jasno zdefiniowanego celu. O ile w pracy jesteśmy mniej lub więcej w stanie określić, do czego dążymy (zysk 30% w skali roku, wysoka wypłata, służbowy samochód), o tyle w życiu codziennym rzadko znajdujemy czas na zastanowienie, czego my tak naprawdę o tego życia chcemy. Postanowienie "schudnę" jest dla mnie za małym bodźcem, żeby cokolwiek zmieniać. Schudnę? Po co? Co mi z tego? Jakby mi ktoś zapłacił, to może... Po pierwsze, schudnięcie według mnie nie jest celem samym w sobie. W takim przypadku uważam za sensowne zastanowienie się, po co chce się schudnąć. Czy robię to dla siebie, czy dla kogoś, czy dla środowiska. Przecież to jest moje życie i mój cel, więc jeśli ktoś dobrze się czuje gruby to nie widzę najmniejszego sensu odchudzania się. Po drugie, jeśli jest się nieszczęśliwym, bo jest się grubym, to schudnięcie nie jest celem określonym wystarczająco jasno. Uważam, że dobrym pomysłem jest dodanie wartości numerycznych, jeśli ich osiągnięcie mnie uszczęśliwi (np. chcę mieć 90cm w biodrach). Celem w prywatnym życiu określiłabym stan, który składa się na nasze poczucie szczęścia. Przynajmniej ja, sama dla siebie, nie określam celu, który by się nie składał na zadowolenie. Zamiast myśleć "muszę schudnąć", myślę "uszczęśliwi mnie ładna firgura". Ale czy tylko odchudzanie jest drogą do ładnej figury? Nie!

Moje cele są najczęściej zbyt wysokie do moich możliwości... jeśli patrzą na nie inni ludzie! Po jakimś czasie okazuje się, że jednak udało mi się je osiągnąć a tych ludzi już wokół mnie nie ma lub mówią, że nie osiągnę kolejnego celu, a to co osiągnęłam jest słabe. Wtedy też znikają z mojego życia ;)


2. Plan(y) działania.

Mam już jasno określony cel. Teraz zastanawiam się, jak mogę go zrealizować. W głowie próbuję układać jak najwięcej dróg do osiągnięcia celu, bo życie nauczyło mnie, że moje plany muszę zmieniać czasami częściej niż skarpetki. Może jestem naiwna, ale podświadomie odrzucam te koncepcje, które w realizacji byłyby dla mnie uciążliwe, tzn. nie sprawiałyby mi przyjemności. Czasami wtedy zostaje pustka... Więc robię rachunek zysków i strat, zastanawiając się, czy cel jest wart takiego poświęcenia z mojej strony. Wtedy podejmuję decyzję. Nie zawsze się jej trzymam, ale o tym później.

Wracając do przykładu odchudzania, wiedziałam, że będę dużo jeść i nie mam najmniejszego zamiaru tego zmieniać. Wiedziałam też, że lubię sport, więc postanowiłam codziennie trenować. Jeśli chcesz dużo jeść i nie uprawiać sportu, to możesz przetestować lepsze ciuchy. Jeśli to Cię nie satysfakcjonuje, to robisz rachunek zysków i strat. Niestety.

Mając koncepcje, które mi się podobają, zaczynam je wprowadzać w życie. Nie dzisiaj, nie jutro tylko teraz, w tej chwili, jak tu stoję. Nie zastanawiam się i nie lamentuję, że nie mam karnetu na siłownię czy karimaty do ćwiczeń. W pierwszy dzień mojej realizacji celu "odchudzanie" nie miałam ani karimaty ani odpowiedniego internetu, żeby znaleźć trening, ani miejsca w pokoju, więc poszłam pobiegać. Na dworze było -10 stopni :) Przeciwności mnie nie zmylają. Są tylko testem kreatywności.


3. Atak!

Jako, że robię to, co lubię, działania służące do osiągnięcia celu wchodzą mi w nawyk i przestaję je zauważać. Idę i idę do tego celu aż tu sobie robię zdjęcie i patrzę "kurde, schudłam". Mission completed.

I co wtedy robię? Nie, nie rzucam wszystkiego i nie idę się napić ;) Momentalnie zapominam o tym celu i już mam następny i w głowie kolejne milion dróg do jego osiągnięcia. Nie zawsze to jest dobre, bo czasami za słabo sobie podsumuję poprzednie działania i popełniam ten sam błąd, no, ale cóż - każdy ma jakieś wady. Wspólną cechą jest to, że najczęściej nie cel, a droga do niego jest największą przyjemnością.


4. Wygrana nawet z armią.

Chcę wierzyć, że to ja sprawuję kontrolę nad moim życiem. Dlatego układam misterny plan działania i dlatego dzień w dzień go realizuję. Wierzę w karmę i wierzę też, że ciężka praca w dążeniu do celu zostaje zwrócona z nawiązką. Nie zmylają mnie przeciwności losu. Może posłużę się tutaj przykładem - żeby dostać wymarzoną praktykę w Niemczech wysłałam 75 aplikacji i byłam na wielu rozmowach kwalifikacyjnych. Firma, w której później realizowałam praktykę (idealnie zgodną z moim celem), odezwała się do mnie jako ostatnia (po 3 miesiącach), kiedy wszyscy mówili mi, żebym wzięła jedną z dotychczasowych ofert, bo lepszej nie dostanę. Poczekałam i dostałam.


5. ...a czasami też przegrana.

Raz na jakiś czas zdarza mi się nie osiągnąć mojego celu. Nie traktuję tego jako porażki. Niestety (stety?) jestem perfekcjonistką, więc każdy cel mógłby być dla mnie porażką, ciągłymi pretensjami do siebie i rozpamiętywaniem, co zrobiłam źle. Nie chcę tego. Wtedy myślę, że tak miało być. Że to przeznaczenie i że życie chciało mnie czegoś nauczyć.

Zdarzyło mi się też zmienić cel w połowie drogi. I to dosyć często. Wtedy staram się maksymalnie wykorzystać to, co już osiągnęłam, do realizacji nowego celu. Często się udaje :)


Podsumowując, chcę Was przekonać do tego, że to jest Wasze życie i ani Nowy Rok, ani mama ani nic innego nie jest potrzebne, żeby być szczęśliwym. Potrzebna jest chwila zastanowienia i kreatywność do przeskakiwania przeszkód stawianych nam przez życie. Przekonałam Was? ;-)

15 komentarzy :

  1. Wspaniała godzina publikacji posta :D Przynajmniej mogłam poczytać ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mi się podobało wszystko, co tutaj napisałaś :)
    Co do podsumowania jednak uważam, że mama (bądź inna osoba- tata, mąż, przyjaciółka) jest niektórym (np. mi :D) potrzebna do szczęścia i osiąganie celów bez mocy dzielenia się swoimi sukcesami z kimś bliskim nie jest dla mnie w 100% satysfakcjonujące.
    Zgadzam się co do analizy i zastanawiania się nad celami, dlatego pracuję nad swoją kreatywnością i już zaplanowałam taką analizę dróg do moich postanowień noworocznych, które pojawią się jutro na blogu :D
    Perfekcjonizm czasem potrafi uprzykrzyć życie ;);)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, masz rację co do tych osób. Mi chodziło o sytuację, kiedy kobiety się odchudzają, bo mąż mówi, że są za grube albo środowisko ich nie akceptuje. Jeśli natomiast te osoby cieszą się z Toba, czyli budują Twoje szczęście, to są jak najbardziej potrzebne :)

      Usuń
  3. A ja już wczoraj miałam ochotę pisać, że zaniedbujesz czytelniczki :D he he
    A tu taki przyjemny post do poczytania ;)

    Perfekcjonizm to zło ]:>
    Z 5 się zgadzam bardzo. Nie raz dostałam po dupie, ale trzeba zacisnąć pięści i robić dalej swoje ;)

    Z tymi 75 aplikacjami to mnie nawet nie załamuj ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i masz rację, bo zaniedbuję! Jestem zła na siebie, bo wszystko odkładam na ostatnią chwilę, terminy gonią a ja siedzę dzień i noc przed kompem. A mogłam to zrobić wcześniej. Widzisz, o której napisałam posta. :P

      Znasz perfekcjonizm ze swojego doświadczenia? ;)

      Nie chciałam nikogo załamać... Jeśli się załamujesz to znaczy, że uznajesz, że cel nie jest wystarczający do tylu poświęceń. Mogłam wziąć inną praktykę, ale nie byłabym z niej usatysfakcjonowana. A tak jestem. Nauczyłam się też, że powinnam się bardziej przykładać do każdej aplikacji, więc teraz buduję nowe cv i mam nadzieję, że to mi ułatwi sprawę.

      Usuń
    2. Teraz też rzadziej piszę, ale to chyba po prostu lekkie luzowanie i inne okoliczności :D Ja nie lubię na ostatnią chwilę, nienawidzę ;P

      Znam :D Na studiach potrafiłam wysłać o 4 w nocy projekt do poprawy zespołowi, bo stwierdziłam, że coś jest nie tak :D Teraz jak wrzucam post do publikacji, to potrafię po kilka razy zmieniać formatowanie i ustawienie tekstu, obrazków, bo ma być perfekt. Albo jak robię ciasto to nie uznaję półśrodków, jak wychodzi nie to co miało wyjść to zawsze mnie to wkurza :D

      Spoko to było takie załamanie tą liczbą, a nie że ja się załamałam :D Wiem, że czasem warto poczekać na coś lepszego. Ale z drugiej strony jak ktoś lubi działać, uczyć się nowych rzeczy taki czas oczekiwania może być po prostu wkurzający :/ Już nie wspomnę, że finansowo może być niefajnie czekać za długo.

      Ja się przykładam do aplikacji, zawsze piszę konkretnie na ofertę czy do danej firmy. Ale mam wrażenie, że niekoniecznie rekruterzy przykładają się do ich przeglądania.

      Usuń
  4. Ale czasami taki bodziec z zewnątrz (nawet niezbyt miły) pozwoli nam wreszcie spojrzeć na siebie, na to jak naprawdę wyglądamy (bo jednak czasami się okazuje, że jest nas o 10 kilo za dużo, jesteśmy za grube, stajemy się chorzy itp itd). Wiem, że osoby któe z góry nam mówią "odchudzaj się bo jesteś za gruba" niekoniecznie są do nas dobrze nastawione, ale czasami ich słowa mogą przynieść nam więcej niż się to wydaje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że tak! Bodziec jest ważny i, wbrew pozorom, prowadzi do tego co napisałam, czyli zastanowienia się, "co jest dla mnie ważne". Jeśli mimo tego bodźca ktoś powie "wolę jeść i umrzeć za 5 lat", dla mnie ok. Tylko może powinien płacić wyższą składkę na ubezpieczenie ;)

      Usuń
  5. Ja zrobiłam swoją listę, ale jeszcze nigdy nie udało mi się spełnić wszystkiego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego też ja nie robię... Miałabym do siebie pretensje, że nie sprostałam.

      Usuń
  6. Świetny tekst. Mam prawie identyczne podejście. Pozdrawiam, no i... zostaję stałym czytelnikiem. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. tez uwazam, ze tekst jest swietny i moge smialo podpisac sie pod tym co napisalas. samych pomyslnosci w nowym roku :*

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz jest dla mnie cenny, dziękuję!