18.10.2012

Being fit and healthy - step 3: motivation

Uff, w końcu ostatnia część moich "rad" ;)

Napiszę tutaj kilka luźnych uwag na temat motywacji, bo widzę, że dużo z Was ma z tym problem. Sama nie czuję się człowiekiem zmotywowanym - nic nie muszę sobie powtarzać, nie zapisuję żadnych celów, plany robię tylko w głowie... Po prostu jestem leniem i nie utrudniam sobie życia pierdołami. Jednak, realizuję swoje cele. Wszystkie, na które mam wpływ, a na swoje ciało każdy z nas ma największy wpływ.

Zacznijmy od pytania: wolisz jeść dużo i niezdrowo, a do tego nie ćwiczyć, czy wolisz być fit? Jeśli to drugie, to zapraszam do przeczytania dalszej części. Jeśli pierwsze, to polecam poczekać do kolejnego posta :)

Właśnie obejrzałam program na TVN Style o dziewczynie, która chciała schudnąć. Miała tyłek dwa razy taki jak mój. Dostała trenera, który wydawał się wariatem, ale robił wszystko, żeby ją zmotywować. Pierwszy raz widziałam taki cyrk, on prawie wyszedł z siebie. Ale i tak nie dał rady - dziewczyna wróciła do starych nawyków i stwierdziła, że woli jeść. Jak dla mnie - droga wolna.


Moim głównym problemem jest odżywianie. Jadłam zdecydowanie za dużo i zdecydowanie niezdrowo. Do tej pory miewam napady głodu, dlatego tak skrupulatnie pilnuję się jeśli chodzi o trenowanie. Mimo tego, że kochałam żółty ser, pieczony camembert itd., teraz potrafię bez nich żyć. Nawet więcej! Jedzone raz na jakiś czas smakują o wiele lepiej - stają się przyjemnością, a nie uzależnieniem. Żeby nie jeść tłustych i niezdrowych rzeczy, po prostu ich nie kupuję. Wiem, że jeśli coś będzie w domu, to to zjem. A nie chcę jeść.

Jeśli próbuję ograniczać kalorie i za dużo o tym myślę, w mojej głowie rodzi się jakaś obsesja i jem przez to jeszcze więcej. Paradoksalnie, nie ograniczając kalorii jem mniej i zdrowiej. Jednak w pamięci zawsze liczę kalorie i staram się nie wychodzić ponad 2600 dziennie, chociaż zdarza mi się zjeść nawet 4000. Kiedy mam krytyczny moment, chodzi po mojej głowie jedno zdanie: Nie żyjemy by jeść - jemy, by żyć. Zdanie prawdziwe i bardzo trafne, jeśli chodzi o dzisiejsze czasy.

Dlatego odchudzanie dostosowałam do mnie - jem tyle, co przeciętny mężczyzna, ale codziennie ciężko trenuję, więc chudnę (albo nie tyję). Można trenować mniej - 3-4 razy w tygodniu i jeść mniej. Jednak, na początku radziłabym zdiagnozowanie problemu - czy wolimy dużo jeść i dużo ćwiczyć, czy mało jeść i mało ćwiczyć? Innego rozwiązania jak dla mnie nie ma.

Mam wrażenie, że problemem u większości dziewczyn jest traktowaniu sportu jako katuszy. Szczerze mówiąc, trochę tego nie rozumiem. Sama też nie lubię biegać, czy jeździć na rowerze "dla przyjemności". Jednak w dzisiejszym świecie jest tyle form aktywności fizycznej, że z pewnością znajdzie się coś dla każdego. Nie będę się rozpisywać o popularnych sportach, ale są takie formy wysiłku jak taniec na rurze, zumba, high heels - taniec na wysokich obcasach, joga, pilates, aerobox... Dodatkowo, można sobie część z nich wypróbować w domu, za darmo, z youtube, żeby wiedzieć co nam się podoba. Jest jedno ale - do jakiegokolwiek sportu potrzebne są chęci! Jeśli ciągle szukasz wymówek, to zostaniesz gruba i tyle. Proste.

Chetnym mogę dać kilka rad, które mogą nieco bardziej zachęcić do treningu.
1. Makijaż. Tak, wiem, że skóra podczas treningu nie oddycha i bla bla. Ja tam trenuję w makijażu (szczególnie siatkę, bo tam na mnie patrzą ludzie, w domu jest różnie), a moja skóra dzięki dobremu odżywianiu jest czysta jak nigdy i nie mam żadnych problemów (tak, wiem, mam szczęście, ale z problemami skórnymi i tak bym trenowała w makijażu). Trzeba tylko pamiętać, żeby ten makijaż potem dobrze zmyć.
2. Pot. KAŻDY przy intensywnym wysiłku się spoci. Niektórzy (tak jak ja) będą wyglądali jak po wyjściu z basenu z kroplami potu kapiącymi z czoła, a niektórzy tylko lekko się "zawilgocą" pod pachami. Jeśli chodzi o zapach, to chyba oczywiste, trzeba znaleźć antyperspirant dobry dla siebie. Na mnie najlepiej działa taki w krysztale, od dawna przestałam kupować śmieciowe antyperspiranty typu Rexona z aluminium (amelinium? ;D), które może się przyczynić do powstania raka. Jednak jeśli pocisz się bardzo i jest to dla Ciebie kompleksem, wybierz się do dermatologa! On pomoże Ci dobrać środki do leczenia od wewnątrz (np. wyciąg z szałwii) i zewnątrz (są specjalne kremy, którymi można posmarować nawet twarz, żeby się nie pociła), żeby zminimalizować problem.
3. Ubiór. Dla mnie to ważny punkt. Po pierwsze musi być wygodnie - wiadomo. Bez stanika sportowego ćwiczenia dla mnie nie istnieją. Po drugie - muszę się dobrze czuć. Mamy teraz taki wybór odzieży, że można kupić sobie coś fajnego. Dla mnie fajna bluzka czy legginsy to lepsze samopoczucie jak patrzę w lustro, a co za tym idzie - lepszy trening.


Dobra, jesteśmy przygotowane do treningu, więc możemy ćwiczyć. Od zawsze uwielbiałam sport. Naprawdę, można podczas treningu przeklinać w co drugim ćwiczeniu (z braku siły, bólu, whatever) a i tak mieć banana na twarzy, że pokonuje się swoje własne ciało i odstresowuje się.


Czemu ćwiczę codziennie?

Bo wierzę i widzę, że to coś daje. Uważam, że bez wyrzeczeń zrobiłam duże postępy, jeśli chodzi o mój wygląd. Jest tyle pięknych dziewczyn, które są piękne, bo ćwiczą. Chcę wyglądać tak jak one, ale nie chcę zrezygnować z jedzenia. Więc mam tylko jedno wyjście - ćwiczyć! Oprócz tego NIENAWIDZĘ ludzi, którzy mówią, że coś im odpowiada, a nic z tym nie robią. Kiedy słyszę od kogoś "jestem gruba", to moją automatyczną reakcją jest "a co zrobiłaś, żeby nie być?". Nie wierzę w żadne genetyczne otyłości i tego typu bzdury. Fakt, są choroby, kiedy przybiera się znacznie na wadze, ale to są wyjątki!


Jak to robię, że codziennie ćwiczę?

Po pierwsze uwielbiam to! Naprawdę uwielbiam, po treningu cieszę się do siebie, że dałam radę.

Jednak czasami mam takie dni, że mi się nie chce. Wtedy patrzę w lustro. Nie podoba mi się to, co tam widzę, więc wiem, że to jedyna droga do zmiany swojego wyglądu. Tak wiem, racjonalne argumenty to nie zawsze dobry pomysł... No więc załóżmy, że mam wolny dzień. Jak mam wolny dzień, to śpię do 12, potem robię śniadanie, łażę cały dzień w piżamie, nic mi się nie chce. Robi się godzina 17 i myślę "muszę zrobić trening". Nic. Potem, godzina 18, 19. No i wtedy wiem, że to już ostatnia chwila, bo inaczej nie zrobię. Czasami też chcę obejrzeć jakiś serial albo program, więc obliczam sobie czas i robię w ostatniej chwili, żeby przed nim zdążyć. Często dalej mi się nie chce, ale przebieram się w sportowe ciuchy, wybieram jaki trening dzisiaj robię, ewentualnie na szybko go układam (to jest dobre rozwiązanie, bo najczęściej wtedy wychodzą mi ciężkie treningi zanim zdążę pomyśleć, że są ciężkie ;)), włączam głośno muzykę i zaczynam rozgrzewkę (wszystkie te czynności robię odruchowo). Nie myślę wtedy, że zaraz będę trenować, po prostu najpierw tak jak zwykle się rozgrzewam! Jak już się rozgrzeję, to bez sensu byłoby z powrotem się ubierać, więc zaczynam trening.

Wiem, że jest dużo osób, które nie zmotywują się do ćwiczenia w domu. Wtedy można kupić karnet i doturlać się do siłowni. Tam wygląda się już trochę dziwnie, gdy wszyscy ćwiczą, a my nie, więc zaczyna się automatycznie ćwiczyć.

Jeśli ciągle ciężko, to ostatnią szansą jest wyrwanie koleżanki na zajęcia grupowe. Idziemy we dwie, więc po drodze można zapomnieć, że idzie się ćwiczyć, a na sali pani instruktor już każe ćwiczyć. Jest szansa, że w ten sposób zacznie nam się podobać. Proponuję najpierw pochodzić na różne zajęcia, a potem wybrać te, które najbardziej nam się podobają.


Jak nie przerwać treningu w środku?

Na początku dla osób, które nie ćwiczyły przez długi czas, może być ciężko, widziałam to na obozie u Ewy. Dużo dziewczyn się zniechęcało i dopiero krzyk ustawiał je do pionu ;) Na pierwsze dni nie mam rady, poza jedną - nie czekać, aż zakwasy przejdą, tylko je rozbijać kolejnym treningiem! Dla ułatwienia można się posmarować jakąś maścią rozgrzewającą. Jeśli po którymś z treningów czujemy, że jutro zakwasy będą nie do wytrzymania, pijemy piwo. Ale tylko po jednym jedynym treningu i jedno piwo :) Piwo zniweluje zakwasy.

Nie myślcie sobie, że osoby, które są zaawansowane nie upadają na kolana podczas treningów, czy idealnie trzymają każdą pozycję. Ja przy moich wariacjach turbo mniej więcej od 6 rundy po każdym interwale leże jeszcze jakieś 2 sekundy na macie, bo nie mam siły wstać :) Dobre treningi są tak dopasowane do naszego poziomu, że ledwo jesteśmy w stanie je wykonać. Oczywiście nie mogą być za mocne, bo się zniechęcimy, ale trening, który nas nie męczy też nie ma sensu.

Więc robimy już ten trening i nie mamy siły, chcemy przerwać. W sumie ja nie mam takich sytuacji często, bo po kilku oddechach raczej wracają mi siły, ale jednak się zdarzają. Podam na przykładzie pompek i mountain climbers. Jeśli robię moją wariację turbo, to jedna z ostatnich rund jest mountain climbers. Ręce pieką mnie wtedy jakby miały odpaść i prawie zawsze upadam na kolana. Czasami muszę poczekać 2-3 sekundy i dopiero udaje mi się wstać, czasami wstaję od razu. Wtedy mam dwie techniki. Pierwsza, na głupka, wmawiam sobie, że każde ćwiczenie to już ostatnie. A druga, na masochistę, robię ćwiczenie dopóki nie zrobię ładnie wszystkich powtórzeń albo jakiegoś przedziału czasowego (przy turbo - teoretycznie powinnam zrobić 4 rundy i jeśli do 4 nie zrobię ładnie ćwiczenia, to robię piątą, szóstą... chociaż zwykle nie muszę, bo czwarta doprowadza mnie do pionu :)) - wtedy jakimś cudem okazuje się, że mam siłę robić ćwiczenie przez całe 20 sekund, a wcześniej w połowie upadałam na kolana :)

Żeby odwrócić uwagę od tego, że coś mnie boli, liczę powtórzenia. Jeśli dalej  boli, to liczę co drugie. Wiem, brzmi durnie, ale naprawdę pomaga! Dzięki temu można też kontrolować czy robimy postępy (np. zapisując ile zrobiliśmy powtórzeń co tydzień).


Jak zmusić się do dokładnych ćwiczeń?

LUSTRO. Jeśli zrobimy mniej powtórzeń, ale dokładnie technicznie, to będzie to dla nas lepsze niż więcej, ale niedokładnie. Trzeba ciągle patrzeć w lustro i poprawiać swoją pozycję.


Jak ćwiczyć, kiedy nie mam czasu?

Normalnie. Jeśli masz czas mówić, że nie masz czasu, to masz też czas żeby ćwiczyć. Są tysiące osób, które mają różne prace, studia i nie wiadomo co jeszcze, a jednak dają radę. Tygrysek studiowała dwa kierunki i ćwiczyła. Ja pracowałam na dwóch etatach i też ćwiczyłam. Niebieskoszara ma dziecko i też ćwiczy. Pamiętam, jak to jest na przykładzie sesji na studiach. Na trening przychodzą maksymalnie 4 dziewczyny. Dlaczego? Bo niby każda się uczy. Jednak, jeśli z nimi porozmawiam, to okazuje się, że każda siedzi z godzinę czy dwie przed komputerem nic nie robiąc albo ogląda telewizję. W tym czasie można by spokojnie iść na trening. Wysiłek powoduje, że odpoczywamy, mniej się stresujemy i lepiej wchłaniamy wiedzę!


Jak osiągnąć cel?

No i teraz przychodzi część motywacyjna. Moim zdaniem jest to sprawa bardzo indywidualna. Najważniejszą rzeczą (o której całe szczęście wszędzie się trąbi) jest świadomość, że dieta i ćwiczenia to nie etap w naszym życiu - to zmiana całego stylu życia! Jeśli po osiągnięciu celu wrócimy do starych nawyków, to nie polecałabym w ogóle zaczynać, bo przytyjemy z nawiązką.

Więc - dostosowujemy tryb życia do siebie. Myślimy, ile czasu chcemy przeznaczyć na treningi, jak i co lubimy jeść najbardziej i tak dalej. Ja mogę przeznaczyć na teningi dużo czasu, więc skupiłam się na jedzeniu. Nienawidzę gotować, dlatego przeszukuję intrenet, aby znaleźć inspiracje do smacznych, szybkich do przygotowania i łatwych posiłków. Tylko w ten sposób daję radę - gdybym miała gotować sobie coś wymyślnego, przestałabym po pierwszym razie.

Mamy już jakiś tam zarys trybu życia (wszystko zostanie zweryfikowane niedługo i dowiemy się, czy dobrze siebie znamy :)), więc przechodzimy do konkretów.

Najpierw, mierzymy się. Ja mierzę się tam, gdzie najbardziej zależy mi na schudnięciu - talia, biodra, udo. Można zmierzyć się wszędzie, łącznie z biustem, bicepsem, łydką. Dla mnie do tych obszarów wystarczy ocena wizualna. Potem, robimy zdjęcia! Najlepiej dużo. Już samo robienie zdjęć mnie zmotywowało. Lustro to jednak co innego. Zdjęcia i pomiary powtarzamy co tydzień, lub co miesiąc.

Mówimy wszystkim znajomym i rodzinie, że się odchudzamy. Po pierwsze - powinni chociaż trochę mniej nas kusić jedzeniem, a po drugie - będzie nam wstyd, jeśli nie schudniemy! Dla mnie bardzo dużą motywacją było wrzucenie zdjęć przed i po na bloga - teraz czułabym się okropnie, że dużo osób obserwowało moje postępy, a ja odpuściłam i wróciłam do starego trybu życia.


Co robię, kiedy mam momenty załamania, kiedy wydaje mi się, że nie chudnę?

Wchodzę na blogi innych dziewczyn, czytam i patrzę na ich przemiany. Wtedy myślę skoro ona mogła, to ja też dam radę. Mierzę się - wtedy czasami okazuje się, że schudłam, ale nawet jeśli nie przytyłam, a to już sukces!


To już mój ostatni trochę przydługawy i luźny post z przemyśleniami na temat odchudzania. Jeśli brakuje Wam motywacji, możecie śmiało pisać do mnie wiadomości prywatne lub komentarze. Będzie mi bardzo miło :)

18 komentarzy :

  1. Świetny wpis, czekałam na niego od jakiegoś czasu :) Podziwiam Cię też, że ćwiczysz codziennie. Mi, jak dotąd, udaje się 5 razy w tygodniu, chociaż chęci spadają, bo rano coraz dłużej jest ciemno i chciałabym się otulić kołdrą, a żeby poćwiczyć, muszę wstawać o 5:30 rano... potem dzieci się budzą i nie mam za grosz spokoju :) Mam nadzieję, że przetrwam tę ciemną jesień i się nie poddam! :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Codziennie to oczywiście znaczy 6 dni w tygodniu, bo organizm też musi odpocząć :) Trzymam za Ciebie kciuki, dasz radę :)

      Usuń
  2. Gosia, podziwiam Cię za wytrwałość. Zastanawiam się gdzie znaleźć motywację do ćwiczeń (może nie tak częstych), jeśli ma się idealne wymiary, a chciałoby się po prostu zdrowiej żyć (i wyglądać)? Gdy człowiek chce schudnąć - może znaleźć konkretny cel, ciężej jest zdefiniować sobie cel, gdy to nie jest kwestia wagi. Oczywiście, można też powiedzieć, że to niczym się nie różni, bo jak się komuś nie chce, to nie ma znaczenia czy jest chudy czy gruby - to po prostu lenistwo. :) Zastanawiam się np. czy jak zacznę znowu ćwiczyć + odrzucę mniej zdrowe jedzenie, czy znowu nie schudnę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na obozie Ewa mówiła nam, że przy ćwiczeniach 3-4 razy w tygodniu powinno się jeść 2000-2500 kcal, jeśli nie chcemy schudnąć, tylko wyrzeźbić ciało. I oczywiście czysto jeść. Ja na moim przykładzie wiem, że takie ogólne rady niezbyt się sprawdzają, więc poleciłabym Ci wyliczyć zapotrzebowanie, np tutaj: http://www.herk.pl/programy/zapotrzebowanie-kalorie.php i jeść tyle, ile jest tam wskazane, albo ciut więcej i trenować 3 razy w tygodniu. Moja koleżanka (w podobnej sytuacji jak Ty) trenowała co drugi dzień z płytą Ewy i mówiła, że już po miesiącu zaczęło jej być widać mięśnie. Poza tym wydaje mi się, że powinnaś spożywać dużo białka, aby budowały Ci się mięśnie (jeśli ich nie widać, a masz idealne wymiary, to prawdopodobnie masz mimo wszystko wysoki procent tkanki tłuszczowej).

      Jeśli chodzi o cel, to oczywiście, że możesz zdefiniować. Rób sobie zdjęcia! Będziesz widziała swój postęp i mogła powiedzieć, czy już wystarczy :) Ja miałam jakiś cel (wcale nie liczbowy!) i jak patrzę na zdjęcia to koryguję mój trening, aby do niego dążyć - teraz na przykład przykładam o wiele większą uwagę do ćwiczeń na ręcę, bo mięśnie tam najwolniej mi rosną :)

      Jeśli jakaś bardziej kompetentna dziewczyna to czyta to proszę o głos w tej sprawie ;-)

      Usuń
  3. Łał, ale miałaś wenę twórczą ;) I dobrze wiedzieć, że nie tylko ja piszę długie posty :D
    A co do treści to naprawdę świetna robota. Sporo przydatnych i ciekawych wskazówek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) No wena jest, bo zaczęły się studia, a studenci jak wiadomo zrobią wszystko, żeby się nie uczyć ;)

      Usuń
  4. Napisz poradnik i wydaj w kilkutysięcznym nakładzie, bo świetnie piszesz :D. Dziękujemy za poświęcenie czasu!
    Do treningów:Czas mamy na to, na co chcemy :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. AAA dzięki :) W sumie bardziej myślałam nad wydaniem moich wierszy, ale poradnikiem też nie pogardzę ;)

      Usuń
  5. zgadzam się, oprócz do punktu z piciem piwa, ostatnio czytałam na ten temat artykuł napisany przez trenera/ dietetyka :p bardziej tu chodzi o to, że po alkoholu jest ogólne rozluźnienie całego organizmu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest akurat rada od mojej koleżanki, reprezentantki Polski. Tak robili na obozach. Ale wiadomo, ile ludzi tyle zdań.

      Usuń
  6. Przeczytałam i jestem pod ogromnym wrażeniem :) Wspaniały tekst, bo jak ktoś chce to ćwiczy. Sama mam ostatnio problem z motywacją, no ale lustro jest nieubłagane ;);)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :) Tak, uważam, że ten kto chce szuka sposobu, a kto nie chce - wymówek :)

      Usuń
  7. jak ja Cie podziwiam z tym codziennym cwiczeniem...
    dla mnie najtrudniejsza rzecza z wszystkich jest zmotywowanie sie do tego. cwiczenie w domu jest dla mnie smieszne i sama nie potrafie absurdalnie tego wytlumaczyc. chocilam 4 miesiace na silownie ale na koncu juz czulam ze robie to na sile i ze doslownie plakac mi sie chce jak mam tam isc.z bieganiem nie zawsze wychodzi bo nie jest ze mnie taki zapaleniec zeby biegac w ulewie. cw w domu to idealna sprawa. jak sie w koncu zmotywuje to chyba sama sobie jakiegos nobla dam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię, dla mnie to też na początku było śmieszne, wstydziłam się. Ale w pewnym momencie nie miałam wyjścia - wypowiedziałam karnet na siłownię a na dworze padało, a ja wiedziałam, że muszę trenować. No i tak się przyzwyczaiłam :)

      Jeśli nie chcesz to nie ćwicz, tylko nie narzekaj potem, że masz brzydkie ciało :)

      Usuń
  8. genialny wpis! zaczynam obserwować :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetny wpis! Faktycznie, bez odpowiedniej motywacji ciężko jest w ogóle rozpocząć jakikolwiek trening. Motywacja to podstawa i warto znaleźć ją u siebie. Sama niejednokrotnie mam chwile słabości, ale cel, który sobie wyznaczyłam pozwala mi się im przeciwstawiać. Zdecydowanie warto! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Gosiu, dziękuję za ten wpis. Sama ćwiczę codziennie od 2 tygodni i pękam z dumy - nigdy nie udało mi się wytrwać tak długo. Blogi takie jak Twój czy Tygryska to teraz moja codzienna lektura i dawka motywacji :-)

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz jest dla mnie cenny, dziękuję!